Mój debiut literacki

7 marca 2023 zdecydowałem się na upublicznienie owocu mojej literackiej przygody. Ostatecznie padło na wersję minimalistyczną - wystawienie na legimi skromnego ebooka w symbolicznej cenie. 


Nie umarłem w 27 urodziny

Krótka powieść o życiu ludzi wchodzących w dorosłość. Prowadzona w pierwszej osobie opowieść o chłopaku, który na przestrzeni trzech dni w trakcie jednego roku spotyka zróżnicowane grono znajomych, mierzące się w tym czasie z problemami okresu uzyskiwania życiowej niezależności. Narrację budują tu liczne dialogi oraz wgląd w myśli protagonisty.

 

Link do księgarni znajduje się TUTAJ

 

Choć panel wydawcy zapewnia statystyki  sprzedaży, najważniejsze dla mnie jest to, co znajduje się na Lubimy czytać, czyli portalu poświęconym książkom, gdzie zbieram opinię na temat mojego dzieła.


Fragment powieści

Wyszliśmy na ulicę Fredry naprzeciwko wydziału polonistyki i skręciliśmy w stronę Okrąglaka, a potem ruszyliśmy dalej, na plac Wolności. Tam rozochocony po przejściowym zamuleniu Seweryn znowu zdjął koszulkę i truchtając przed nami zaczął wykrzykiwać losowe monosylaby, demonstrując swoją dominację w stadzie i organizując dla nas więcej miejsca na chodniku. Choć tego ostatniego oczywiście nie brakowało. Minęliśmy bibliotekę i tę nową fontannę, gdzie nasz kolega zdołał trochę ostudzić swój zapał. Jest to popularne miejsce rozmaitych sesji zdjęciowych: ślubnych, artystycznych oraz tych imprezowych. Tym razem jednak było ciemno, zimno i wilgotno, dlatego całą tę instalację mieliśmy dla siebie. Seweryn zaczął pozować na leżąco Borysowi, który robił mu zdjęcia telefonem, a później obaj zdjęli buty i chcieli brodzić w basenach fontanny. Pech jednak chciał, że była nieczynna – być może z powodu trwającej jeszcze zimy. Argument ten nie mógł jednak przekonać chłopaków, którzy postanowili, każdy na swój sposób, potępić miejskie władze. Seweryn przekonywał, że wcale nie jest zimno, w związku z czym fontanna mogłaby bez przeszkód funkcjonować, Borys zaś zaczął przytaczać z pamięci kosztorys inwestycji, zwracając oczywiście uwagę na jego przesadzoną wartość.

Naturalnie rebelia na placu Wolności nie trwała długo i ku wyraźnej uldze nielicznych w okolicy turystów ruszyliśmy dalej Paderewskiego w stronę samego serca Poznania. Mijając ratusz, skręciliśmy ze Starego Rynku we właściwą ulicę i byliśmy już ledwie kilkadziesiąt metrów od pubu, gdy Seweryn, idący już z nami w kulturalnym szeregu, zahaczył barkiem jakiegoś chłopaka.

– Jak leziesz, palancie? – zapytał.

– Co, kurwa, powiedziałeś, cwelu?! – Tamten obrócił się w miejscu i zrobił kilka kroków w naszą stronę. Za nim podążyli jego dwaj koledzy.

– Jak mnie nazwałeś, pedale? – Seweryn stanął twarzą w twarz z tamtym: zataczającym się gościem koło dwudziestki. Chwilę mierzyli się wzrokiem, starając się być jak najwięksi, niczym koguty przed kurnikiem, aż wkroczył między nich Borys. Odsunął lekko Seweryna i przystawiając twarz do twarzy tamtego, przemówił:

– No cz-czego chcesz od m-mojego kolegi?

– Kurwa, tej no, potrącił mnie tak. – Tutaj chłopak bardzo obrazowo zrekonstruował przebieg wydarzeń, machnąwszy nieskoordynowanie ręką, nieomal trafiając się przy tym w twarz. – I jeszcze sapie!

– Ja cię potrąciłem? Ja szedłem prosto, to ty się zataczasz – odszczeknął Seweryn, mając w połowie rację.

– Dobra, Mati, zostaw go – wtrącił się jeden z kolegów stojących z tyłu.

– N-no, ok, to zbi-bi-bi-bijcie p-p-p-piąteczki na zgodę – pośpiesznie podsumował Borys, nie czekając na ustosunkowanie się Matiego do postulatu jego kumpla. Koniec końców nie o to chodziło, żeby się pobić. Seweryn i Mateusz mierzyli się jeszcze przez chwilę wzrokiem, obustronnie upewniając się, że rozejm dla żadnego z nich nie oznacza kapitulacji, po czym podali sobie ręce. Stroszenie piór dobiegło końca i mogliśmy kontynuować trip.

– Jebane penery – skomentował krótko zajście podenerwowany Seweryn, mimowolnie przyśpieszając kroku. – I jeszcze muszę teraz umyć ręce.

Weszliśmy do pubu z czerwonymi kanapami i zasiedliśmy na jednej z nich. Piwo gdzieniegdzie można dostać lepsze, ale przynajmniej łazienka była cud miód, wyposażona w nowiutkie suszarki do rąk. Podszedłem do lady z zamiarem złożenia tradycyjnego zamówienia „poproszę najtańsze piwo z kija” i usiadłem przy jednym z tych wysokich krzeseł barowych, żeby łowić gospodarza wymownym spojrzeniem. Barman był jednak właśnie zajęty rozmową z innym klientem.

– Noootwórz mi, proszę, ten rachunek – błagał żądny alkoholu chudy mężczyzna, który dzienny przydział tej trucizny zdążył już tego wieczora przyjąć.

– W porządku, ale poproszę pięćset złotych – stoicko odpowiadał gospodarz przybytku i w ten sposób obaj panowie kontynuowali negocjacje jeszcze przez pewien czas.

– Nooooprzecież cię nie okradnę – naciskał natrętny klient.

– Oczywiście. Ale ja muszę mieć tu wszystko pod kontrolą. Nie mogę każdemu udzielić kredytu na pięć stów.

– Pięsiet złoty... ja mogę kupić zaraz ten lokal i cię zwolnić!

– Nie ma sprawy, mogę sprzedać – odpowiadał barman, zachowując godny podziwu spokój.

– Nooootwórz ten rachunek!! – warknął gość i przeszło mi nawet przez myśl, że zaraz będę świadkiem kolejnej afery.

– Pięćset złotych.

W reakcji na stanowczą postawę barmana klient machinalnie wyciągnął portfel, wydobył z niego plik banknotów, zamachnął się, niemal zahaczając papierem o mój nos, i trzasnął nim o ladę. Lekko licząc miał tam około dziesięciu patyków. Oblizał palec, jedną ręką przytrzymał pieniądze, a drugą odliczył jakąś kwotę i rzucił w kierunku barmana.

– Proszszę bardzo. A teraz nalej mi whisky – rzucił lekceważącym tonem, za który od wielu ludzi można dostać w zęby. Dodatkowo starał się przy tym brzmieć bardzo po amerykańsku.

– Proszę uprzejmie – odparł niewzruszony barman.

– Przecież ja bym cię nie okradł! Nigdy!! Ja robię interesy z Teksasem. Znasz Teksasa? – ryczał jeszcze z rozpaczą trudny klient, walcząc o uznanie jego ponadprzeciętnego statusu.

Barman nic już nie odpowiedział, wykonał usługę, zapisał w zeszycie i chyba z przejęcia pominął mnie, spoglądając w przeciwnym kierunku. Już chciałem go zaczepiać, gdy zorientowałem się, że tym razem z innego kąta sali dobiegają podniesione głosy. Odruchowo pomyślałem o swoich kumplach, ale to nie byli oni. Obejrzałem się. Borys siedział przy stoliku niezbyt zainteresowany sprawą, której pewnie dotąd nie spostrzegł, a Seweryna nie było. Pewnie poszedł podziwiać toaletę. Dwóch dużych gości obrzucało się wyzwiskami. Jeden z nich stopniowo odchodził w głąb lokalu, co jakiś czas odwracając się, robiąc krok w stronę oponenta i grożąc palcem. W pewnym momencie drugi ruszył jego śladem, ale po kolejnych inwektywach nie wytrzymał, złapał stojący obok puf i rzucił nim nad głową cicho siedzącego Borysa w stronę rozmówcy. Tamten nie był chyba zagrożony trafieniem, ale i tak usunął się pod ścianę. Mebel upadł ciężko na pustą kanapę, szczęśliwie – poza zahaczeniem jednej szklanki – nie wyrządzając większych szkód. Słysząc dźwięk tłuczonego szkła gość, który nie wytrzymał, zorientował się, że to już odpowiedni moment na opuszczenie lokalu i ruszył w stronę drzwi. Drugi, widząc przeciwnika zmierzającego w swoim kierunku, również pośpiesznie przekroczył próg. W ten sposób obaj wyszli z pubu, dalej kłócąc się i prowokując.

Mniej więcej w tym momencie z piwnicy wyszedł Seweryn i, widząc zaszokowane twarze obecnych, sam zrobił komiczną minę i ruszył w stronę naszego stolika. Przechodząc koło pufa leżącego na kanapie, rozłożył ręce w pytającym geście i to samo starał się przekazać mimicznie, specyficznie wykrzywiając usta.

– Zajebiste suszarki tu macie – rzucił w stronę barmana, mijając go.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kryzys sztuki

Pierwsza recenzja mojej książki